Krwawe Wesele

Krwawe Wesele, cz. 2

Kontynuacja wpisu „Krwawe Wesele, cz. 1″.

„W odległości kilku stóp od niej na podłodze leżał sztylet. Być może pomknął tu, gdy Smalljon przewrócił stół albo wypadł z ręki któremuś z zabitych. Catelyn poczołgała się ku niemu. Kończyny miała ciężkie jak ołów, a usta wypełniał jej smak krwi. Zabiję Waldera Freya – obiecała sobie. Bliżej do noża miał Dzwoneczek, który schował się pod stołem, lecz przygłup wzdrygnął się trwożnie, gdy złapała sztylet. Zabiję starca. Mogę uczynić przynajmniej tyle.

Wtem blat, którym Smalljon osłonił Robba, poruszył się i jej syn dźwignął się na kolana. Jeden bełt sterczał mu z boku, drugi z nogi, a trzeci z piersi. Lord Walder uniósł rękę i muzyka ucichła. Grał tylko jeden bęben. Catelyn słyszała łoskot odległej bitwy, a gdzieś bliżej szaleńcze wycie wilka. Szary Wicher – przypomniała sobie poniewczasie.

– He – zachichotał lord Walder – król północy wstaje. Wygląda na to, że zabiliśmy trochę twoich ludzi, Wasza Miłość. Och, ale jeśli cię przeproszę, na pewno wyzdrowieją, he.

Catelyn złapała Dzwoneczka Freya za długie, siwe włosy i wyciągnęła go z ukrycia.

Krwawe Wesele

– Lordzie Walderze! – krzyknęła. – LORDZIE WALDERZE! – Bęben uderzał miarowo i dźwięcznie, bum, bum, bum. – Dość już tego – wołała. – Powiedziałam, dość. Odpłaciłeś zdradą za zdradę i poprzestańmy na tym. – Gdy przycisnęła sztylet do gardła Dzwoneczka, przypomniała sobie leżącego w łożu boleści Brana i stal dotykającą jej szyi. Bęben wciąż dudnił bum bum bum bum bum bum. – Proszę – ciągnęła. – To mój syn. Mój pierwszy i ostatni syn. Pozwól mu odejść. Pozwól mu odejść, a przysięgam, że o tym zapomnimy, o tym… o tym, co tu uczyniłeś. Przysięgam na bogów starych i nowych, że… że nie będziemy się mścić… Lord Walder popatrzył na nią nieufnie.

– Tylko głupiec uwierzyłby w takie gadanie. Masz mnie za głupca, pani?

– Mam cię za ojca. Weź mnie jako zakładnika. Edmure’a też, jeśli go jeszcze nie zabiliście. Ale wypuść Robba.

– Nie. – Głos jej syna brzmiał słabo jak szept. – Mamo, nie…

– Tak. Robb, wstań, wstań i wyjdź stąd, proszę, proszę. Ratuj siebie… jeśli nie dla mnie, to dla Jeyne.

– Jeyne? – Robb złapał za brzeg stołu i podniósł się z wysiłkiem. – Mamo – powiedział. – Szary Wicher…

– Idź do niego. Natychmiast, Robb. Wyjdź stąd.

Lord Walder prychnął pogardliwie.

– A czemu miałbym mu na to pozwolić?

Wbiła ostrze głębiej w gardło Dzwoneczka. Głupek zatoczył oczyma w niemym błaganiu. Jej nozdrza wypełnił paskudny smród, lecz nie zwracała na to uwagi. Ser Ryman i Czarny Walder zachodzili ją od tyłu, lecz to również przestało ją obchodzić. Mogli z nią zrobić, co zechcą; uwięzić ją, zgwałcić, zabić, to nie miało znaczenia. Żyła już zbyt długo i czekał na nią Ned. Bała się tylko o Robba.

– Na honor Tullych – mówiła lordowi Walderowi – na honor Starków, przysięgam, że zamienię życie twojego chłopca za życie Robba. Syn za syna.

Ręka drżała jej tak bardzo, że pobrzękiwała głową Dzwoneczka. Starzec wciągnął i wysunął usta. Nóż drżał w dłoni Catelyn, śliski od potu.

– Syn za syna, he – powtórzył. – Ale to jest wnuk… i nigdy nie było z niego wielkiego pożytku.

Do Robba podszedł mężczyzna w ciemnej zbroi i jasnoróżowym, splamionym krwią płaszczu.

– Jaime Lannister przesyła pozdrowienia.

Przebił mieczem serce jej syna i obrócił ostrze w ranie.

Robb złamał słowo, lecz Catelyn go dotrzymała. Pociągnęła mocno za włosy półgłówka i zaczęła piłować mu szyję, aż ostrze zgrzytnęło o kość. Po jej palcach spływała gorąca krew. Jego dzwoneczki dźwięczały, dźwięczały, dźwięczały, a bęben grzmiał bum bum bum.

Wreszcie ktoś wyrwał nóż z rąk Catelyn. Spływające po policzkach łzy paliły ją niczym ocet. Dziesięć oszalałych kruków rozdzierało jej twarz ostrymi pazurami, wyrywało z niej pasma mięsa, pozostawiając głębokie bruzdy, które broczyły krwią. Czuła w ustach jej smak.

To tak strasznie boli – myślała. Nasze dzieci, Ned, wszystkie nasze słodkie dzieci. Rickon, Bran, Arya, Sansa, Robb… Robb… proszę, Ned, proszę, niech to się wreszcie skończy, zrób coś, żeby przestało mnie boleć… Białe i czerwone łzy mieszały się ze sobą, aż jej twarz, twarz, którą kochał Ned, przerodziła się w krwawiącą, rozszarpaną maskę. Catelyn Stark uniosła dłonie, spoglądając na krew, która ściekała po jej długich palcach i nadgarstkach, spływając pod rękawy sukni. Czerwone robaki pełzły powoli po jej ramionach i pod ubraniem. To łaskocze. Roześmiała się na tę myśl tak gwałtownie, że aż zaczęła krzyczeć.

– Oszalała – powiedział ktoś. – Straciła rozum.

– Skończcie z nią – dodał ktoś inny. Czyjaś dłoń złapała ją za włosy, tak jak ona zrobiła to z Dzwoneczkiem. Nie, nie obcinajcie mi włosów – pomyślała. Ned tak je kocha. Potem poczuła na gardle stal, której dotyk był zimny i czerwony.”

No i kolejni Starkowie padli ofiarą Martina :<<<

Jon Snow

Jon Snow

„Wun Weg Wun Dar Wun zawył po raz kolejny, a potem szarpnął i pociągnął za drugą rękę ser Patreka. Kończyna się urwała. Trysnęła jaskrawoczerwona krew. Jak dziecko wyrywające płatki stokrotki – pomyślał Jon.

Jon Snow

– Skóra, porozmawiaj z nim, uspokój go. W starym języku, on rozumie stary język. Reszta niech się cofnie. Schowajcie stal, straszycie go. – Czy nie widzieli, że olbrzym jest ranny? Jon musi położyć temu kres, bo inaczej zginie więcej ludzi. Nie mieli pojęcia, jak silny jest Wun Wun. Róg, potrzebny mi róg. Zobaczył błysk stali i zwrócił się w jego kierunku.

– Schowajcie broń! – krzyknął. – Wick, zabieraj…

Chciał powiedzieć „ten nóż”, ale Wick Strugany Patyk ciął go w gardło i słowa przerodziły się w chrząknięcie. Jon zdążył się cofnąć i ostrze tylko drasnęło mu szyję. Zranił mnie. Dotknął dłonią szyi i poczuł wypływającą między palcami krew.

– Dlaczego?

– W imię Straży.

Wick ciął po raz drugi. Tym razem Jon złapał go za nadgarstek i wykręcił mu rękę. Sztylet wysunął się z palców. Patykowaty zarządca cofnął się, unosząc dłonie, jakby chciał powiedzieć: „Nie ja, to nie byłem ja”. Ludzie krzyczeli. Jon sięgnął po Długi Pazur, ale jego palce zrobiły się sztywne i niezgrabne. Z jakiegoś powodu nie był w stanie wyciągnąć miecza z pochwy.

Nagle zjawił się przed nim Bowen Marsh. Łzy spływały mu po policzkach.

– W imię Straży.

Pchnął Jona w brzuch. Gdy cofnął rękę, sztylet został na miejscu.

Jon osunął się na kolana. Sięgnął po rękojeść sztyletu i wyszarpnął go. Rana dymiła w zimnym nocnym powietrzu.

– Duch – wyszeptał. Zalał go ból. Zadajesz cios ostrym końcem. Gdy trzeci sztylet wbił się między łopatkami, chrząknął i zwalił się twarzą w śnieg. Nie poczuł czwartego noża. Tylko zimno…”

Daario

Daario Naharis

„Tuż przed północą wystraszyła się porządnie, gdy ser Jorah wdarł się do namiotu mimo protestów Silnego Belwasa.

– Nieskalani złapali jednego z najemników, gdy próbował się zakraść do obozu.

– Szpieg?

Przeraziło ją to. Jeśli złapali jednego, ilu mogło się im wymknąć?

– Twierdzi, że przyniósł ci dary. To ten żółty błazen z niebieskimi włosami.

Daario Naharis.

– Ach, ten. W takim razie wysłucham go.

Gdy wygnany rycerz przyprowadził najemnika, zadała sobie pytanie, czy mogłoby istnieć dwóch bardziej różnych mężczyzn. Tyroshijczyk miał cerę jasną, a ser Jorah smagłą; najemnik był smukły, a rycerz muskularny; pierwszy miał bujne loki, a drugi łysiał, lecz mimo to Naharis był gładkoskóry, tam gdzie Mormont był włochaty. Do tego jej rycerz ubierał się skromnie, a przy najemniku paw wydawałby się bezbarwny. Na tę wizytę włożył jednak na żółte szaty gruby czarny płaszcz. Przez ramię przerzucił sobie ciężki worek.

Daario

– Khaleesi – krzyknął. – Przynoszę ci dary i dobre wieści. Wrony Burzy należą do ciebie. – Kiedy się uśmiechał, w ustach błyszczał mu złoty ząb. – I Daario Naharis również!

Dany popatrzyła na niego z powątpiewaniem. Jeśli Tyroshijczyk przyszedł tu na przeszpiegi, te słowa mogły być jedynie desperacką próbą ratowania skóry.

– A co na to mówią Prendahl na Ghezn i Sallor?

– Niewiele. – Daario odwrócił worek i na dywany wysypały się głowy Sallora Łysego oraz Prendahla na Ghezn. – To moje dary dla smoczej królowej.

Viserion powąchał sączącą się jeszcze z szyi Prendahla krew i wypuścił z siebie strumień ognia, który trafił umarłego prosto w twarz, przypalając i przypiekając bezkrwiste policzki. Drogon i Rhaegal poruszyły się, czując zapach pieczonego mięsa.

– Ty to zrobiłeś? – zapytała Dany, której zebrało się na mdłości.

– Nie kto inny.

Jeśli Daario Naharis obawiał się smoków, dobrze ukrywał swój lęk. Poświęcał im nie więcej uwagi, niż gdyby były trojgiem kociąt bawiących się myszą.

– Dlaczego?

– Dlatego, że jesteś taka piękna. – Dłonie miał wielkie i silne, a w jego twardych, niebieskich oczach i wielkim, haczykowatym nosie było coś, co sugerowało gwałtowność jakiegoś wspaniałego, drapieżnego ptaka. – Prendahl gadał za dużo i mówił zbyt mało. – Jego strój, choć bogaty, był mocno znoszony, a buty pokrywały mu plamy soli. Widziała też, że brzegi jego płaszcza są wystrzępione. – A Sallor dłubał sobie w nosie, jakby jego smarki były złotem.

Stał z rękami skrzyżowanymi w nadgarstkach, a dłońmi wspartymi na uchwytach oręży. U jego lewego biodra wisiał zakrzywiony dothracki arakh, a u prawego myrijski sztylet. Ich rękojeści były parą identycznych złotych kobiet, nagich i wyuzdanych.

– Czy biegle się posługujesz tą piękną bronią? – zapytała go Dany.

– Prendahl i Sallor powiedzieliby, że tak, gdyby umarli mogli mówić. Nie uznaję żadnego dnia za przeżyty, jeśli nie kochałem się z kobietą, nie zabiłem wroga i nie spożyłem smakowitego posiłku… a dni, które przeżyłem, są niezliczone jak gwiazdy na niebie. Śmierć zadana przeze mnie jest dziełem sztuki. Wielu akrobatów i tańczących na węglach błagało bogów o to, by uczynili ich choćby w połowie tak szybkimi i w jednej czwartej pełnymi gracji jak ja. Wymieniłbym ci imiona wszystkich ludzi, których zabiłem, ale zanim bym skończył, twoje smoki urosłyby do rozmiarów zamków, mury Yunkai rozsypałyby się w żółty pył, a zima by nadeszła, skończyła się i znowu nadeszła.

Dany roześmiała się. Przypadły jej do gustu przechwałki tego Daario Naharisa.

– Wyjmij miecz i przysięgnij mi wierność.

Daario w mgnieniu oka wydobył z pochwy arakh. Jego hołd był równie horrendalny jak wszystko, co robił. Pokłonił się tak nisko, że jego twarz niemal dotknęła palców jej stóp.

– Mój miecz należy do ciebie. Moje życie należy do ciebie. Moja miłość należy do ciebie. Moja krew, moje ciało, moje pieśni, wszystko to jest twoje. Żyję i umieram na twój rozkaz, piękna królowo.

– W takim razie żyj – odparła Dany – i walcz dziś za mnie.

– To nie byłoby rozsądne, moja królowo. – Ser Jorah przeszył Daaria zimnym, twardym spojrzeniem. – Lepiej zatrzymaj go pod strażą, dopóki bitwa nie będzie wygrana.

Po chwili zastanowienia potrząsnęła głową.

– Jeśli da nam Wrony Burzy, zaskoczenie będzie pewne.

– A jeśli cię zdradzi, zaskoczenie spełznie na niczym.

Dany ponownie spojrzała na najemnika. Obdarzył ją takim uśmiechem, że zaczerwieniła się i odwróciła wzrok.

– Nie zrobi tego.

– Skąd wiesz?

Spojrzała na kawały przypalonego mięsa, które smoki pożerały kawałek po kawałku.

– Nazwałabym to dowodem jego szczerości. Daario Naharis, przygotuj swe Wrony Burzy do uderzenia na yunkajskie tyły w tej samej chwili, gdy rozpocznie się mój atak. Czy zdołasz wrócić bezpiecznie?

– Jeśli mnie zatrzymają, powiem, że poszedłem na zwiady, ale nic nie zauważyłem.

Tyroshijczyk wstał, pokłonił się i wyszedł.”

Wrony Burzy

Wrony Burzy

Ser Jorah Mormont wrócił po godzinie. Towarzyszyło mu trzech kapitanów Wron Burzy. Na polerowanych hełmach nosili czarne pióra i utrzymywali, że są sobie równi honorem i władzą. Gdy Irri i Jhiqui nalewały wino, Dany przyjrzała się im uważnie. Prendahl na Ghezn był krępym Ghiscarczykiem o szerokiej twarzy i ciemnych, siwiejących włosach, Sallor Lysy miał na jasnym qartheńskim policzku krzywą bliznę, a Daario Naharis wyglądał ekstrawagancko nawet jak na Tyroshijczyka. Brodę miał przystrzyżoną w trójząb i ufarbowaną na niebiesko. Taki sam kolor miały jego oczy i kręcone, opadające na kołnierz włosy. Spiczaste wąsiki pomalował sobie na złoto. Wszystkie jego stroje były w różnych odcieniach żółci. Spod kołnierza i mankietów wylewały mu się fale myrijskich koronek koloru masła, wams miał wyszywany mosiężnymi medalionami o kształcie mleczów, a sięgające ud skórzane buty zdobiły ornamenty ze złota. Rękawiczki z miękkiego, żółtego zamszu zatknął sobie za pas spleciony z pozłacanych pierścieni, a paznokcie pociągnął niebieską emalią.

W imieniu najemników przemawiał jednak Prendahl na Ghezn.

– Lepiej by było dla ciebie, gdybyś poprowadziła swoją hołotę gdzie indziej – oznajmił. – Astapor zdobyłaś dzięki zdradzie, ale Yunkai nie upadnie tak łatwo.

– Pięćset Wron Burzy przeciw dziesięciu tysiącom moich Nieskalanych – skontrowała Dany. – Jestem tylko młodą dziewczyną i nic nie wiem o wojnie, ale wydaje mi się, że to spora przewaga.

– Wrony Burzy nie będą walczyły same – sprzeciwił się Prendahl.

– Wrony Burzy w ogóle nie będą walczyły. Uciekną na pierwsze uderzenie pioruna. Być może powinniście zmykać już teraz. Słyszałam, że najemnicy słyną z niewierności. Co wam da lojalność, jeśli Drudzy Synowie przejdą na moją stronę?

– Tak się nie stanie – zapewnił nieporuszony Prendahl. – A nawet gdyby, nie miałoby to znaczenia. Drudzy Synowie są niczym. Walczymy u boku dzielnych ludzi z Yunkai.

– Walczycie u boku nałożników uzbrojonych we włócznie. – Gdy odwróciła głowę, dwa dzwoneczki w jej warkoczu zadźwięczały cicho. – Gdy bitwa już się rozpocznie, nie próbujcie prosić pardonu. Jeśli jednak przyłączycie się do mnie, zatrzymacie złoto, które dali wam Yunkai’i, a do tego dostaniecie udział w łupach i jeszcze hojniejsze nagrody później, gdy już zdobędę tron. Jeśli będziecie walczyć za Mądrych Panów, waszą zapłatą będzie śmierć. Wydaje wam się, że Yunkai otworzy bramy, gdy moi Nieskalani będą was wyrzynać pod murami?

– Kobieto, twoje słowa są głupie jak ryk osła.

– Kobieto? – Zachichotała. – Czy chciałeś mnie obrazić? Odwzajemniłabym ci się tym samym, gdybym cię miała za mężczyznę. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Jestem Daenerys Zrodzona w Burzy z rodu Targaryenów, Niespalona, Matka Smoków, khaleesi jeźdźców Droga i królowa Siedmiu Królestw Westeros.

– Jesteś tylko kurwą władcy koni – odparł Prendahl na Ghezn. – Kiedy zmiażdżymy twoje oddziały, każę ci się parzyć z moim ogierem.

Silny Belwas wyciągnął arakh.

– Jeśli mała królowa rozkaże, Silny Belwas odda jej jego brzydki język.

– Nie, Belwasie. Obiecałam tym ludziom bezpieczeństwo. – Uśmiechnęła się. – Powiedz mi, czy Wrony Burzy są niewolnikami czy wolnymi ludźmi?

– Jesteśmy bractwem wolnych ludzi – odparł Sallor.

– Świetnie. – Dany wstała. – Przekaż swym braciom to, co powiedziałam. Być może niektórzy z nich będą woleli ucztę złota i chwały od uczty śmierci. Czekam na waszą odpowiedź do jutra.

Kapitanowie Wron Burzy wstali jak jeden mąż.

– Nasza odpowiedź brzmi „nie” – oznajmił Prendahl na Ghezn. Jego towarzysze wyszli za nim z namiotu… lecz Daario Naharis obejrzał się na nią i pochylił głowę w uprzejmym pożegnaniu.

Po dwóch godzinach przybył dowódca Drugich Synów. Był sam. Okazał się bardzo wysokim Braavosem o jasnozielonych oczach i krzaczastej, rudozłotej brodzie, która sięgała mu niemal do pasa. Na imię miał Mero, lecz kazał się zwać Bękartem Tytana.

Mero wychylił jednym haustem kielich wina, otarł usta grzbietem dłoni i uśmiechnął się lubieżnie do Dany.

– Mam wrażenie, że kiedyś wyruchałem twoją bliźniaczą siostrę. To było w domu rozkoszy w moim rodzinnym mieście. A może to byłaś ty?

– Nie sądzę. Z pewnością zapamiętałabym tak wspaniałego mężczyznę.

– To prawda. Żadna kobieta nigdy nie zapomniała Bękarta Tytana. – Braavos podsunął kielich Jhiqui. – A może tak zdjęłabyś te łachy i usiadła mi na kolanach? Jeśli mnie zadowolisz, może przejdę z Drugimi Synami na twoją stronę.

– Jeśli to zrobisz, może nie każę cię wykastrować.

Rosły mężczyzna ryknął śmiechem.

– Dziewczynko, jedna kobieta próbowała mnie kiedyś wykastrować zębami. Teraz nie ma zębów, a mój miecz jest długi i gruby jak zawsze. Czy mam ci go pokazać?

– Nie ma potrzeby. Obejrzę go sobie, jak utną ci go moi eunuchowie. – Dany pociągnęła łyk wina. – To prawda, że jestem tylko młodą dziewczyną i nic nie wiem o wojnie. Wytłumacz mi, jak zamierzasz pokonać dziesięć tysięcy Nieskalanych, mając tylko pięciuset ludzi. Takiemu niewiniątku jak ja wydaje się, że to znaczna przewaga.

– Drudzy Synowie spotykali się już z liczniejszym wrogiem i zwyciężali.

– Drudzy Synowie spotykali się z liczniejszym wrogiem i uciekali. Na przykład pod Qohorem, gdzie Trzy Tysiące okryły się chwałą. Czyżbyś temu przeczył?

– To było wiele lat temu, nim jeszcze dowództwo nad Drugimi Synami objął Bękart Tytana.

– A więc to tobie zawdzięczają odwagę? – Dany spojrzała na ser Joraha. – Kiedy zacznie się bitwa, tego człowieka zabij w pierwszej kolejności.

Wygnany rycerz uśmiechnął się.

– Z przyjemnością, Wasza Miłość.

– Oczywiście – dodała, zwracając się do Mera – możecie znowu uciec. Nie będziemy was zatrzymywać. Zabierzcie yunkijskie złoto i zmykajcie.

– Gdybyś kiedyś widziała Tytana z Braavos, głupia dziewczyno, wiedziałabyś, że on ma nogi przykute do podłoża i nie może uciekać.

– W takim razie zostańcie i walczcie za mnie.

– Rzeczywiście warto za ciebie walczyć – przyznał Braavos. – Z chęcią pozwoliłbym ci pocałować mój miecz, gdybym tylko był wolny. Przyjąłem jednak yunkajskie pieniądze i dałem święte słowo.

– Pieniądze można zwrócić – wskazała. – Ja zapłacę wam znacznie więcej. Muszę zdobyć też inne miasta, a na drugim końcu świata czeka na mnie królestwo. Jeśli będziecie mi wiernie służyć, Drudzy Synowie nigdy już nie będą musieli szukać innego kontraktu.

Braavos pociągnął się za gęstą, rudą brodę.

– Znacznie więcej i może jeszcze pocałunek, hę? Albo coś więcej niż pocałunek? Dla takiego wspaniałego mężczyzny jak ja?

– Być może.

– Myślę, że spodobałby mi się smak twojego języka.

Wyczuwała gniew ser Joraha. Mojemu czarnemu niedźwiedziowi nie podoba się ta rozmowa o całowaniu.

– Zastanów się nad tym, co ci powiedziałam. Czy mogę liczyć na to, że jutro otrzymam odpowiedź?

– Możesz. – Bękart Tytana wyszczerzył zęby w uśmiechu. – A czy ja mogę liczyć na to, że otrzymam dzban tego świetnego wina? Chciałbym nim poczęstować moich kapitanów.

– Mogę ci dać nawet beczkę. Pochodzi z piwnic Dobrych Panów z Astaporu i mam go całe wozy.

– W takim razie daj mi wóz na dowód swego uznania.

– Masz spore pragnienie.

– Wszystko we mnie jest spore. Mam też wielu braci. Bękart Tytana nie pije sam, khaleesi.

– Dostaniesz wóz, jeśli obiecasz, że wypijesz za moje zdrowie.

– Zgoda! – zagrzmiał. – I zgoda, i zgoda! Wzniesiemy za ciebie trzy toasty, a gdy wzejdzie słońce, dostaniesz od nas odpowiedź.